Byłam już w takim momencie swojego życia, że z pełną świadomością mogłam sobie powiedzieć - jestem szczęściem, nie potrzebuję niczego, by czuć się dobrze ze sobą. Zgubiłam to z własnej woli, a kiedy traci się równowagę, łatwo się potknąć. Potem już nie chce się podnosić, łatwiej jest iść zgarbionym i z rozpaczy szorować nosem o posadzkę. Poszukiwania motywacji w postaci zewnętrznych bodźców szybko kończyły się fiaskiem i pogrążaniem w większej rozpaczy. Urosła we mnie do tego stopnia, że znów stałam się to grubą i brzydką dziewczynką z gimnazjum, zupełnie gorszą od swoich szczupłych koleżanek. Balansując na szali własnej wartości doszłam do wniosku, że to najwyższa pora, by po raz kolejny udowodnić sobie, jak wiele potrafię, jak wiele mogę i że sama, sama wszystko osiągnę jak kiedyś i nawet więcej, bo w życiu się nie poddam, bo przecież trzeba być tak, jak się chce, trzeba dążyć do tego, co się postanowiło, a nie ulegać marazmowi, bo przecież to wszystko jest do zrobienia, tylko trzeba wstać z łóżka i uwierzyć.
Na dzień dzisiejszy nie jestem grubą i brzydką dziewczynką. Mam ogromnie dużo - worek nadprogramowych kilogramów, worek wątpliwości i strachów. Nie mam przy sobie pewności siebie, ale jestem pewna, że można się pokochać, a kiedy już się tego dokona - największa zima nie jest straszna, a świat staje się zupełnie mniejszy i cały do zdobycia.
Mam cele - mnóstwo - chcę podnosić 40kg na martwym ciągu, wytrzymać 4 minuty planku, chcę być wysportowana as fuck, biegać jesienią po lesie, nosić spodnie w rozmiarze 38 i pozbyć się myśli, że jestem gorsza. Jestem najlepsza. I Ty też jesteś.
Jeden krok, by pokochać siebie.
Jeden krok, by o siebie zawalczyć.
Teraz, później będzie za późno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz