Powiesz mi, że jestem głupia, ale ja zawsze lubiłam małe rzeczy, bo tylko dzięki nim żyłam i do tak niedawna całkiem o nich zapomniałam. Powiesz mi, że jestem naiwna, ale to zupełnie nieprawda, bo ja pamiętam dość dobrze, że takim małym rzeczom się nie ufa, ale one są i one są jak te wszystkie drobne krokusy na szczecińskich placach i pasach zieleni - niby nic, ale spojrzysz i cieszysz się jak dziecko na widok ciastek z dziurką.
Zawsze lubiłam słowo cliche, bo pomimo znaczenia, jakie niesie, jest wdzięczne. Lubię banały, bo na pewno banałem jest to wszystko i ja w tym wszystkim jestem najbardziej banalna, ale cenię w sobie (czasem), że umiem dać się ponieść (prawie) i ostatnio dojrzałam do tego, że niczego nie żałuję. Najmniejszej rzeczy zrobionej w życiu, żadnego z mężczyzn i żadnego pocałunku. Nie żałuję, bo ogromnie dorosłam do tego, by zobaczyć, że to wszystko było śliczne, nawet jeśli później wylałam morze łez albo nie potrafiłam zrozumieć, co się stało.
Z każdym kolejnym dniem poczucie ulgi jest coraz większe. Z każdym kolejnym dniem doceniam to, co się stało, nie dlatego, że pojawił się mężczyzna, który uśmiecha mnie półsłowem, a dlatego, że w zanurzając się po czubek nosa w wannie myślę o sobie. O tym, że spróbuję jutro przebiec 4 kilometry. O tym, że upiekę w sobotę wieczorem czekoladowe ciasto z fasoli i zjem je z moją przyjaciółką na kolację. O tym, że tak bardzo mi na sobie zależy i już nigdy nie chcę sobie odpuścić siebie. O tym, że jest dobrze. Że jestem dobra.
/grab on my waist and put that body on me
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz