najbardziej lubię siebie rano, kiedy mój brzuch wydaje się być jeszcze płaski i kiedy wkładam na swoje zgrabne nogi rajstopy. niemniej lubię siebie popołudniu, kiedy moja spódnica za kolana tańczy na wietrze, odsłaniając łydki. lubię siebie w ogóle, bo myślę, że warto, że bardzo dobra ze mnie kobieta w zasadzie i lubić się trzeba. lubię siebie za to, że on mnie lubi i że lubi we mnie rzeczy, o których nie mam pojęcia, o których w większości mi nie mówi. powiedział mi, że lubi przyglądać mi się, kiedy jem, bo widać, że naprawdę to lubię, że sprawia mi to przyjemność i bardzo go to uśmiecha. to takie nic, ale kiedy na mnie patrzy, widzę, że widzi we mnie malutkie cekiny odbijające promienie słoneczne, że widzi mnie obsypaną mnóstwem brokatu i nie chce dać sobie zabrać tych chwil, kiedy nie patrzę, gdy patrzy.
lubię siebie za to, że siebie lubię. że staję teraz przed lustrem i tańczę do siebie, do swoich za dużych jeszcze ud i mówię - jeszcze chwila. jeszcze chwila i znowu będę tak bombowa jak dwa lata temu, a nawet zupełnie bardziej, bo przypomniałam sobie, jak lubię siebie z gryfem na plecach czy w dłoni, jak bardzo lubię walczyć ze sobą o małe zwycięstwa.
dziś rano wyszło słońce i jestem tą wiosną, która się przed nami wszystkimi chowa. jestem tym dzięki sobie. jestem tym, bo jest On.
pomimo tej niepogody - nie mogłam mieć piękniejszej wiosny w tym roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz